Mała Moskwa
grudzień 15, 2008, autor: Małgorzata Ziejewska
Opublikowano w kategorii KINO POLSKIE

Mała Moskwa, tak w czasach komunistycznych nazywano Legnicę. Znajdował się tam bowiem największy i najdalej wysunięty na zachód sowiecki garnizon wojskowy. Dla Waldemara Krzystka kawałek naszej wspólnej radziecko-polskiej historii stał się pomysłem na film. „Mała Moskwa” to świeża produkcja, która swoją premierę światową miała we wrześniu tego roku, natomiast w Polsce na ekrany kin zawitała pod koniec listopada. Akcja filmu toczy się w powojennej i komunistycznej Polsce (1967 rok, Legnica), do której trafia młody pilot i niedoszły kosmonauta Jura (Dimitri Ulyanov) wraz z żoną Wierą (Swietłana Hodczenkowa) . Młoda Rosjanka podczas konkursu wokalnego, który wygrywa (śpiewa utwór Ewy Demarczyk) poznaje młodego oficera i zarazem muzyka- Michała (Lesław Żurek). Z początku nie pała do niego zbytnią sympatią, a młody oficer odstrasza ją nieco swoją natarczywością. Jednak z czasem, trochę z przymusu zostają na siebie skazani. Michał ma ćwiczyć z Wierą do kolejnego konkursy, na którym kobieta zaśpiewać ma w imię „pięknej” polsko-radzieckiej przyjaźni. Jak można się domyśleć…w młodych ludziach „krew nie woda” i oczywiście wzburza się raz na jakiś czas, co doprowadza w ostateczności do gorącego romansu i karygodnej zdrady. Młodzi starają się utrzymać swoje uczucie w tajemnicy, ale przed wszechwiedzącą Rosją nie da się na dłuższą metę skrywać swoich prywatnych tajemnic…wszystko więc wychodzi na jaw i…cóż prowadzi nieuchronnie do katastrofy.
Waldemar Krzystek w swoim filmie starał się poruszyć palący nas wciąż problem czasów stalinowskich i naszych stosunków z „sojusznikami” radzieckimi. Nie do końca jednak osiągnął swój cel. „Mała Moskwa” miała duży potencjał, który moim zdaniem trochę zmarnowano. Już śpieszę wyjaśnić dlaczego… Przede wszystkim sam pomysł na film był bardzo dobry, ale niestety scenariusz bywa momentami niesłychanie przewidywalny ( powiedzmy poza zakończeniem). Szkoda też, że całą tą historię o legnickiej Moskwie ubrano w nieco łzawy melodramat. Opowiedziane w filmie zdarzenia ponoć miały miejsce naprawdę, myślę jednak, że scenarzysta nieco je uprościł i nie postarał się znaleźć w nich głębszego sensu. Film podczas seansu przywiódł mi na myśl niemiecką produkcję pt. „Życie na podsłuchu”. Tam również mamy wielkie uczucie, romans, życie w podobnym systemie, trudne wybory moralne, ale mimo wszystko obraz Floriana Henckela Von Donnersmarcka o wiele głębiej analizuje społeczne zależności, zawiłą spirale socjalizmu i trzyma widza w niepewności do samego końca. U Krzystaka tego mi zabrakło.
W „Małej Moskwie” znaleźć można mimo wszystko także kilka plusów. Przykuwająca uwagę widza jest gra aktorska Swietłany Hodczenkowej i Lesława Żurka. Na pochwałę zasługuje Tomasz Dobrowolski i jego zdjęcia (jak do tej pory najambitniejsza produkcja Dobrowolskiego, wcześniej pracował m.in. przy „Tylko mnie kochaj”) i Zbigniew Karnecki za muzykę do filmu. Dobrą rekomendacją są też dwie nagrody (dla reżysera i Swietłany) na festiwalu w Gdyni. Biorąc pod uwagę tematykę i „pomysłowość” naszych rodzimych filmów „Mała Moskwa” zdecydowanie wybija się na tym tle. Wolałabym jednak aby podano mi na tacy kawałek niesłychanie ciekawej powojennej historii naszej części Europy, okraszony jakimś dobrym psychologiczno-obyczajowym wątkiem fabularnym. Czekam w każdym razie z dużą niecierpliwością na kolejny film Krzystka, bo pomysły i potencjał jak na nasze warunki są obiecujące…


A mi się film podobał:) Zgadzam się z Gosią, że trochę prosty w fabule, ale temat był nawet ciekawy. Brak wogóle w polskiej kinematografii filmów poruszających treści przyjaźni polsko-rosyjskiej. Bo przecież poza tą oficjalną nienawiścią, ludzie byli na siebie wzajemnie skazani, mieli jakieś relacje i nie wierzę w to aby aż tak się nienawidzili. To byłby pomysł na kolejny film:)

Dla mnie Mała Moskwa - 4 minus